Dawno nic nie pisałam, ale przyszedł ten dzień, kiedy mam jakąś wenę, albo lepiej - potrzebę popisania. Będzie o odzieży używanej, z racji iż ten temat jest ostatnio często na moich ustach. Jak przystało na stereotypową kobietę kocham zakupy. Inną sprawą jest już to, że kocham zakupy w tzw. secound hand'ach, ciucholandach, ciuchciach, szmateksach czy jak jeszcze to się tam zwykło nazywać. Wybieram takie sklepy nie tylko ze względu na to, że nie zawsze stać mnie na wypasiony shopping w galerii, ale chodzi o samą atrakcję z szukania, znajdywania i nutki tajemnicy. Brzmi to jak wariactwo, ale prawdą jest to, że nigdy nie wiem jak wiele rzeczy uda mi się - mówiąc kolokwialnie - wygrzebać i co to dokładnie będzie. To trochę tak jak randka w ciemno, takie "i chciałabym i boję się". Dobrze. Koniec z moimi Homeryckimi porównaniami. Przejdźmy do sedna.
Otóż, odzież używana pojawiła się w Polsce na początku lat 90-tych. Przywiało ją ze Stanów Zjednoczonych. Od razu została zaakceptowana przez nasze społeczeństwo ze względu na niskie ceny, wysoką jakość materiałów i popularność w kupowaniu jej przez gwiazdy z za "wielkiej wody". Obecnie nie jest to już nawet obciachem, a raczej sposobem na ukazanie swojej indywidualności i oryginalności.
A teraz coś, co interesuje wiele osób, które siedzą w tym temacie. Skąd biorą się te wszystkie ubrania (i nie tylko) w tych sklepach? Odpowiedź jest prosta. Zostają one skupowane przez hurtownie ze sklepów, które wyprzedają swoje kolekcje, zabierane z tzw. wystawek (popularnych w Niemczech), oddawane przez ludzi dla biednych (!), albo po prostu od ludzi, którzy chcą się pozbyć swojej zbędnej już garderoby.
Na pewno szalę przechylił fakt, że odzież z centrów handlowych jest w każdym sklepie praktycznie identyczna, przez co jest dla nas mniej atrakcyjna. Bo po co kupować coś, co powtarza się na każdej podstawowej stylizacji sklepowych wystaw? Teraz liczy się pomysł, dobre chęci i szczęście :)
sobota, 24 września 2011
sobota, 17 września 2011
I teraz to ja jestem tą małą jednostką w tym wielkim świecie, która rozsiadła się na dużej, zielonej kanapie i tętni radością. Cieszy mnie nawet scena, kiedy to Daniel i Ola z "Na wspólnej" się rozstają i ona płacze. Jestem totalnie chora, i obłąkana w tym uczuciu. Chcę trwać i trwać w tym co najlepsze, albo zbliżyć się jeszcze bardziej do substytutu tej słodkiej, dziecinnej niewinności. Weekendzie kończ się! Czas przecież na egzamin :)
sobota, 3 września 2011
Alkohol a agresja
"Osoby z wadą wzroku -3 dioptrii widzą wszystko tak jak tło na zdjęciu przy przysłonie 5.6"
To taki mini news dnia, który mnie zaskoczył dosyć, bo nigdy nie łączyłam za bardzo wady wzroku z przesłonami aparatowymi. Fakt, że mam - 1,5 dioptrii i noszę okulary powinien właściwie na takie rzeczy oddziaływać jakby nie patrzeć. Ale wcale nie o tym chciałam napisać.
Dzisiaj będzie trochę o alkoholu i emocjach, a głównie o agresji po różnorakich trunkach. Tematyka jest spowodowana moją ciekawością i chęcią przyjrzenia się pewnemu problemowi nieco bliżej...
Przestudiowałam w tym celu trochę prasy, poszukałam w internecie i już wszystko wiem. Każdy z nas zachowuje się inaczej po alkoholu, to wiemy z doświadczenia. Najbardziej agresywni są wtedy ci, którzy na co dzień tłumią w sobie gniew.
Badania wykonane przez Instytut Psychologii Zdrowia podają jako jedną z teorii, że:
I właśnie na taką odpowiedź ze strony naukowców liczyłam. Podsumowując, picie z umiarem ma w niektórych przypadkach wielkie znaczenie. Polecam zastosowanie się do tego zdania. Miłego popołudnia!
piątek, 2 września 2011
I doczekaliśmy się nowego singla Florence and The Machine pod tytułem "What the water gave me". Jest znakomity jak wszystkie inne kawałki z poprzednich płyt. Niesamowicie inspirująca muzyka i teksty często towarzyszą mi podczas długich spacerów z aparatem, więc nowa płyta, która ma ukazać się w listopadzie jest dla mnie jak studnia z wodą na pustyni. 12 nowych brzmień na pewno sprawi, że wreszcie wykorzystam swój sprzęt do niecnych czynów!
W sieci doczytałam, że tytuł singla wziął się od obrazu meksykańskiej malarki Fridy Kahlo. Swoją drogą wcale się nie dziwię, bo jest naprawdę godny uwagi. Tyle się na nim dzieje.. Z pewnością jest to malarka realizmu i symbolizmu. To widzi się na każdym z jej dzieł. Z ciekawości przyjrzałam się jej pracą i jeśli ktoś lubi malarstwo, to gorąco polecam. Niekiedy obrazy są trochę zbyt dobitne i przedstawiają kobietę w roli uciemiężonej, ale to daje tylko powody do przemyśleń.
Kolejną inspiracją dla Florence była też śmierć pisarki Virginii Woolf, która popełniła w dość niekonwencjonalny sposób samobójstwo. Mianowicie wrzuciła do swoich kieszeni mnóstwo kamyków, a następnie rzuciła się do rzeki. Cierpiała na silną nerwicę, a w połączeniu z faktem, iż była artystką dawało jasność, że jej śmierć będzie 'wyjątkowa'. O ile można to tak ująć. Polecam jej książkę "Pani Dalloway".
A ja osobiście liczę najbardziej na to, że te wszystkie inspiracje doprowadzą mnie do takich zdjęć jak to:
Moje ulubione :)
czwartek, 1 września 2011
Umiem praktycznie pierwsze 100 stron z historii administracji co upoważnia mnie do odpuszczenia sobie dziś trochę nauki, tym bardziej, że pojawiły się nowe osoby na horyzoncie mojego osiedla, z którymi mam ochotę się zobaczyć. Narzuciłam się, a owszem. Chyba czasem tak trzeba. Trochę wepchać się, przyspieszyć coś. Ostatnie kilka minut przed wyjściem poświęcam na naukę, a więc Dobranoc.
Subskrybuj:
Posty (Atom)