środa, 27 lipca 2011

Jadę do Krakowa w piątek. Zamierzam wykorzystać maksymalnie cały ten dzień. Nawet jeśli będzie padać, nawet jeśli przemokną mi totalnie nogi. Nic mnie to nie obchodzi. Co prawda moje fundusze są mierne (czyt. nie mam ich), ale sytuacja jest wyjątkowa. Autobus mam o 7 rano. O 10:36 będę na miejscu. Czas podróży 3 godziny i 36 minut. 181 km do pokonania. 0 przesiadek. Uczę się dokładnego planowania od kogoś, kto zawsze to robił i co wydawało mi się zawsze bardzo głupim pomysłem. Wraz z dniem dzisiejszym jestem bogatsza o to jedno doświadczenie. Może nawet uda mi się wprowadzić to do mojego stałego kanonu zachowań. Dla samej siebie. Właściwie wyjazd jest totalnym wariactwem. Postawieniem się na przekór ludziom. Rodzajem buntu szesnastolatki znanej z pewnej piosenki grupy Myslovitz:

Ale czasem trzeba się zbuntować, by sobie uświadomić, że czasy, kiedy można schować się za kimś, że ktoś cię ochroni, że ktoś odeprze atak rzeczywistości, już dawno się skończyły. Pora porzucić złudzenia i dorosnąć Kate. Dobranoc.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz